piątek, 27 maja 2016

płacz, zgrzytanie zębów i pokaz mody

Wiem, cisza na Raju, ale żyję, mam się nie najgorzej, tylko nie jestem w stanie pisać. Nastąpiła blokada maszyny z weną xd
W związku z tym, że powinnam się uczyć, bo zbliża się masa zaliczeń, to ja oczywiście postanowiłam zrobić porządek na dysku i voila, odkryłam, że napisałam jakiś taki dalszy rozdział sera bez dziur (może ktoś jeszcze pamięta?). Ponieważ raczej nigdy tego nie wykorzystam, to niech ten fragment wyląduje sobie tutaj, na tym składowisku moich różnistych śmieci (ekhm, okej, nie śmieci, tylko napisanych bez celu fragmentów).
W sumie mnie samej miło było przypomnieć sobie o Lenie i jej lekkiej narracji, tak na poprawę humoru.






- Lecę z tobą.
Wpatrywałam się w niego z szeroko otwartymi oczami.
- Słucham? – Wciąż miałam nadzieję, że się przesłyszałam.
- Lecę z tobą do Polski. Chciałbym poznać twoich rodziców.
Przymknęłam oczy, licząc w myślach do pięciu. Sama nie wiedziałam czy bardziej jestem wściekła, czy przerażona.
- Nie żartuj w taki sposób – warknęłam.
Przyglądał się mi ostrożnie. Doskonale wiedziałam, że nie rozumie czemu się tak zdenerwowałam. I jednocześnie byłam pewna, że uparcie będzie obstawać na? swoim.
Westchnął, przeczesując włosy.
- Ty już poznałaś moich rodziców. Teraz ja chciałbym poznać twoich. I Adriana.
Stał, wpatrując się we mnie z niezrozumieniem. Właściwie wcale mu się nie dziwiłam. W końcu jeśli mężczyzna mówi kobiecie, że chce poznać jej rodziców, ta powinna skakać do góry z radości, bo to oznacza, że ma względem niej dość poważne zamiary, nie mówiąc już o tym, że to swoistego rodzaju przypieczętowanie całego związku. Tylko nie w mojej sytuacji. Nie chodzi o to, że mój ojciec mógłby wyskoczyć na Nicolasa z tasakiem w jednej i siekierą w drugiej ręce, pociachać go i zakopać w naszym ogrodzie, gdzieś pomiędzy krzakiem róży a cisem. Ba, ja właściwie mogłam być pewna, że Nicolas zostanie przyjęty z pełnymi honorami, a ojciec będzie upatrywać w nim świetnego faceta, bo w końcu każdy tak wpływowy biznesman musi zasługiwać na szacunek. Nawet jeśli jest Francuzem. O mamę też się nie obawiałam, bo ona na pewno zobaczy Nicolasa na mój sposób – uzna go za inteligentnego, odpowiedzialnego i zabawnego, a może nawet przyzna w duchu, że jest niezwykle przystojny. Bałam się czegoś zupełnie innego. Po prostu widziałam oczami wyobraźni jak siedzimy przy stole albo jesteśmy już nawet w samym kościele i moi rodzice spoglądają na mnie. W ich oczach widzę tylko niedowierzanie, rozbawienie, może współczucie. Dla nich albo jestem naiwna myśląc, że takiemu mężczyźnie jak Nicolas może na mnie w jakikolwiek sposób zależeć, kiedy on tylko się ze mną bawi albo na tyle głupia, aby pakować się w związek z poważnym człowiekiem, który się nade mną zlitował z bliżej nieznanego powodu, na tyle silnego, abym jednak zdołała go na trochę zatrzymać przy swoim boku. Ta wizja tak bardzo mnie prześladowała w snach, że nie mogłam doprowadzić do sytuacji, w której to mogłoby się urzeczywistnić. Nie zniosłabym ich drwin. Już i tak wystarczy mi, że ja sama wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego Nicolas tak usilnie próbuje się do mnie zbliżyć, po co tak naprawdę ze mną jest. Równie dobrze mógłby znaleźć cały tłum wysokich, blondwłosych piękności, które spędzałyby z nim każdą jego wolną chwilę, ale on wolał moje towarzystwo. To mnie zabierał do restauracji, chodził na spacery, to do mojego mieszkania wparowywał rano w poszukiwaniu swojego telefonu. I dopóki mogłam łudzić się, że on jednak dostrzegł we mnie coś niezwykłego, byłam szczęśliwa. Teraz, gdy przyzwyczaiłam się do jego obecności i mojego uśmiechu wywołanego samym jego widokiem, nie byłam gotowa na tak duży zawód. Tutaj, w Marsylii, Chris, Solenn, Elois, oni wspierali mnie, pozwalali wierzyć, że ja i Nicolas to nie farsa ani pomyłka. Gdybym jednak pojechała z nim do Polski, wszyscy może poza Anią od razu widzieliby, że ja do niego nie pasuje i nie omieszkaliby tego oznajmić, może przez znaczące spojrzenia albo i nawet złośliwe uwagi. Zresztą, w Marsylii czułam się dobrze, a jeśli wrócę do Łodzi, stanę się z powrotem zamkniętą w sobie Leną, która mierzy się z własnymi demonami. Nie chcę, żeby Nicholas widział mnie w takim stanie. Muszę sama rozprawić się z dawną sobą, z rodzicami i z Adrianem. I chociaż w głębi duszy trochę cieszyła mnie propozycja Nicolasa, to byłam świadoma, że nie mogę do tego dopuścić.
Potrząsnęłam głową.
- Nico, to naprawdę nie jest możliwe.
Widziałam, że jest zdezorientowany. Nie widzi sensu mojego uporu. Zresztą chyba po raz pierwszy spotkał się z tak kategoryczną odmową z mojej strony od tamtego pamiętnego ranka i jego pierwszego zaproszenia.
- To może chociaż wyjaśnisz mi, dlaczego tak się upierasz? Mogłabyś chociaż spytać się Adriana, czy to nie będzie duży problem jeśli przyjedziesz z kimś. Może się nie zgodzi i nie będziesz musiała tak nieumiejętnie mnie zbywać.
Wiedziałam, że tak to się skończy. Mało brakowało, a jeszcze się o to pokłócimy.
Zamrugałam nerwowo kilka razy.
- Nie chcę, żebyśmy się o to teraz sprzeczali – zaznaczyłam na wstępie, widząc, że on również kiwa głową, zgadzając się ze mną. – Po prostu uznajmy, że nie jestem gotowa na taki krok.
- Na poznanie moich rodziców byłaś gotowa – zauważył.
Wciąż opierał się o ścianę, z rękoma założonymi na piersi.
- To było coś innego. Nie wspomnę już o tym, że właściwie nie dałeś mi wyboru. – prychnęłam zirytowana.
Czy on ma zamiar odpuścić? Może będziemy tu tak dyskutować do wieczora o moich rodzicach?
- Lena… - zaczął delikatnie. Podniosłam wzrok, a całym moim ciałem wstrząsnął nieznaczny dreszcz, bo oto Nicolas stał już bardzo blisko, tak że mogłam bez problemu zagłębić się w jego niebieskich oczach. – Czy ty się mnie wstydzisz? – zadał to pytanie prawie że rozbawiony, ale mnie nie było do śmiechu. Nawet jeśli mówił to w żartach, wyczuwałam, że sytuacja robi się coraz poważniejsza. Ja nie chcę odpuścić, a z jego punktu widzenia jedynym wyjaśnieniem jest właśnie to, że nie chcę, aby poznał moich rodziców. To z kolei oznaczałoby, że nie traktuję go poważnie. I co ja miałam teraz zrobić? Najlepiej, gdybym się zgodziła. Nicolas byłby zadowolony, a ja miałabym gwarancję jego przywiązania. Tyle, że tego akurat za nic w świecie nie mogłam zrobić.
- Nie, nawet tak nie mów – zaprotestowałam. Słabo, ale przekonywująco, przynajmniej w moim odczuciu.
Gdyby on nie stał tak blisko, mogłabym pozbierać myśli, a tak to z fascynacją wpatrywałam się w błyszczące ogniki w jego oczach, poddając się ich magii.
- Ty naprawdę się mnie wstydzisz.
Przeraziłam się nie na żarty. To nie było pytanie, tylko stwierdzenie. I chyba on właśnie uznał je za prawdę.
- Nico, nie! – powiedziałam nieco głośniej niż zamierzałam.
- To o co chodzi? Bo to jedyne wyjaśnienie, które mi przychodzi do głowy.
Wpatrywał się we mnie zawzięcie, wyczekując na odpowiedź. A ja również czekałam, mając nadzieję, że mu się znudzi i odpuści. Podświadomie wiedziałam jednak, że zbyt mu na tym zależy, żeby teraz się wycofał. Jestem zgubiona, bo nie mogę mu wyjawić przyczyny mojego uporu. Nawet jeślibym mu powiedziała, że moi rodzice są jacy są, on by tego nie zrozumiał. Philipp i Martha wychowali go w miłości, troszczyli się o niego, szeptali czułe słówka na dobranoc i stali za nim murem nawet kiedy popełniał głupie błędy. Dla niego moje wyjaśnienia nie miałyby racji bytu. Pewnie, mogę przytoczyć słowa mojej mamy, które śnią mi się w koszmarach, wyliczyć te wszystkie okropne rzeczy, które mi mówiła, powiedzieć ile razy nazwała mnie nic nie wartą ślamazarą. Tyle, że on nie zrozumie jak bardzo to na mnie wpłynęło. Nie wypatrzy głębszego znaczenia całości. Uzna, że histeryzuję, bo tak naprawdę zrobiłam coś głupiego i matka w przypływie złości raz mnie tak nazwała. On nie mógł wiedzieć, że mówiła mi to za każdym razem, gdy się na nią natknęłam. Nawet jeśli te słowa nie wypływały wprost z jej ust, ja widziałam wszystko w jej spojrzeniu, czytałam to z jej sposobu poruszania się, miny, tonu głosu. Ona na każdym kroku oznajmiała mi, że nie jestem nią, ojcem, a już tym bardziej Adrianem. Nicolas tego nie zrozumie, bo on poznał tylko bezwarunkową miłość swoich rodziców, a nie milczącą obojętność.
Do oczu zaczęły podchodzić mi łzy.
Nie chciałam się rozpłakać, nie przy nim. Ale z drugiej strony może to byłoby jakieś wyjście? Na pewno przynajmniej na trochę by odpuścił.
Zacisnęłam jednak mocno pięści, starając się oddalić przygnębienie i smutek.
- Proszę cię, po prostu uszanuj moje zdanie.
W jego oczach nadal nie pojawiało się zrozumienia ani tym bardziej chęć ustąpienia, dlatego byłam pewna, że będzie dalej drążył.
- Jak ja mam to rozumieć? – Teraz on zacisnął pieści, tyle że ze złości, a nie tak jak ja by odpędzić łzy.
- Jak chcesz.
Byłam zmęczona i wyczerpana co najmniej jakbym stoczyła walkę z całą armią, a to przecież było tylko kilka wspomnień. Nie miało już znaczenia co on sobie pomyśli. Pragnęłam jedynie, żeby wyszedł, a ja mogłabym rzucić się na kanapę i w samotności rozpaczać nad własnym losem. Przytuliłabym się do Freda, pogłaskała go po łapce i z jego głową przy moich ustach, wreszcie bym zasnęła. Tymczasem musiałam wpatrywać się w zabójczo przystojnego człowieka, na którym tak straszliwie mi zależało i kłócić się z nim, sprawiając tym samym ból i jemu, i sobie. Serce mi się łamało na samą myśl, że Nico teraz zastanawiał się nad tym, co takiego źle zrobił. A to była tylko i wyłącznie moja wina, nie jego. To ja nie potrafiłam zadowolić własnych rodziców i to moje głupie postępowanie zawsze doprowadzało do tego, że traktowali mnie tak a nie inaczej. I teraz jeszcze w pewnym sensie ofiarą tego wszystkiego stał się też Nico, którego tak bardzo chciałam i którego za wszelką cenę powinnam chronić.
Byłam taką straszliwą egoistką. On teraz myśli o mnie jak najgorsze rzeczy, a ja naprawdę chcę dobrze, żebyśmy byli szczęśliwi, ja i on, razem.
Kiedy znowu spojrzałam w jego oczy, które teraz emanowały smutkiem, nie wytrzymałam. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, a pierwsza łza już spływała po moim policzku.
- W takim razie chyba nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia.
Jego głos był obojętny. Od razu przed oczami stanęli mi rodzice. Błagam, Nico, nie rób mi tego samego!
Odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi.
W pierwszym odruchu pragnęłam go zatrzymać, powiedzieć o wszystkim, ale stchórzyłam. Może nawet chciałam, żeby poszedł. I chociaż bałam się, że nie wróci, pragnęłam zostać z własnym bólem.
Biegiem puściłam się w stronę kanapy, w drodze chwytając Freda za ucho i rzuciłam się na nią z impetem, wtulając się w plecy misia.
Szlochałam, trzęsąc się jak osika. Byłam straszna, okropna, okrutna. Raniłam wszystkich wkoło. Mogłam powiedzieć mu, że będę zaszczycona, jeśli ze mną pojedzie. Wcale nie dziwiłam się, że się na mnie zdenerwował. To był jasny sygnał, że nie biorę go poważnie, a nasz związek to przejściówka. Przecież on sam mówił mi, że tak długo próbował odnaleźć się w dłuższych związkach, ale od czasów Angeli nie potrafił do końca nikomu zaufać. A ja właśnie schrzaniłam na całej linii, tracąc to zaufanie, którym mnie obdarzył.
Przecież ja go tak bardzo kochałam. Chociaż nigdy nie powiedziałam mu tego wprost, właśnie tak było. Kochałam go tak mocno, że nie chciałam, aby coś popsuło moją iluzję. Tak bardzo jak bałam się powiedzieć mu co naprawdę do niego czuję, w obawie, że nie usłyszę tego samego, tak samo bałam się, że gdy pojedzie ze mną do Polski i posłucha moich rodziców, zobaczy ich spojrzenia i stosunek do mnie, zostawi mnie na lodzie. Moja świadomość trochę irracjonalnie podpowiadała mi, że jeśli zabiorę go ze sobą, wrócę już bez niego. I działało to w obie strony. Bo zarówno bałam się, że rodzice przekonają mnie, że powinnam dać mu ze sobą spokój, jak i że pokażą mu jak beznadziejna jestem i on ucieknie. Nie zniosłabym tego, bo nawet teraz, gdy widziałam smutek w jego oczach, wszystko we mnie płakało. W takim razie co by się stało gdybym miała już więcej nie spojrzeć w jego oczy, nie dotknąć jego aksamitnych włosów, nie usłyszeć jak melodyjnie i z uczuciem wypowiada moje imię? Nie zniosłabym tego. Jak kwiat bez wody, tak i ja bym uschła.
Stałabym się nie człowiekiem, a zranionym zwierzęciem w stanie wegetacji. Sama myśl o tym przyprawiała mnie o ból w sercu, który powoli ogarniał także inne części ciała.
Może lepiej byłoby gdybym go wtedy nie spotkała? Nie poznałabym tego specyficznego cierpienia, ale nie doświadczyłabym jednocześnie tego cudownego szczęścia, które maluje wszystko na żywsze i jaśniejsze kolory, odpychając to co złe.
Co ja najlepszego narobiłam? Mogłam chociaż za nim pobiec.
Mocniej wtuliłam się we Freda, z przerażeniem zauważając, że cały jego kubraczek jest już mokry. Niechętnie odsunęłam go od siebie, zastępując poduszką.
Pociągnęłam głośno nosem akurat kiedy trzasnęły drzwi wejściowe.
Przez chwilę miałam nadzieję, że to on wrócił, dlatego poderwałam się, spoglądając w stronę przedpokoju.
Moim oczom ukazała się jednak Solenn. Miała na sobie żółtą bluzkę w zielone kwiatki i krótką dżinsową spódniczkę. W obydwu rękach tachała siatki, pewnie dopiero co wróciła z zakupów.
- O. Lena! Jesteś! – wykrzyknęła wesoło, energicznym krokiem wparowując do salonu. – Byłam właśnie na zakupach, bo Erin dała mi dzisiaj wolne popołudnie twierdząc, że i tak bym się nudziła. I nie uwierzysz jaką cudowną bluzkę znalazłam! Jest istnie obłędna. Nie mogę się doczekać, kiedy pokażę się w niej Chrisowi. Wiesz… - w tym momencie Solenn urwała, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia.
- Boże, Lena, wyglądasz jakbyś… Ty płakałaś! – Wycelowała we mnie oskarżycielsko swoim palcem. Nim się obejrzałam już przysiadła obok, mocno mnie obejmując.
- Skarbie, co się stało?
Pokręciłam z rezygnacją głową.
- Coś z pracą?
Znowu przecząca odpowiedź.
- Jeśli nie praca to… Jejku, dzwonili rodzice! – złość zabrzmiała w jej głosie. Ścisnęła mocno pięści. – Boże, jaki ci ludzie mają tupet! Nie dość, że traktują swoją córkę gorzej niż sprzątaczkę, to jeszcze chcą zatruć jej życie, kiedy wreszcie udało się jej wszystko poukładać. Co za wredna para starych zgredów. Starłabym ich na proch! Na miazgę! Niech no tylko powiem o tym Chrisowi. On tak przywali temu twojemu ojczulkowi, że będzie sobie musiał nowe jedynki wstawiać! Jak tak…
Kąciki moich ust delikatnie powędrowały do góry. Solenn była taka niesamowita. Nie zasługiwałam na nią.
- Nie, Solle. – zaprotestowałam, uznając, że mimo wszystko akurat tym razem, muszę bronić rodziców. – Nie chodzi o nich. Dzwonił Adrian i zapraszał mnie na ślub.
Solenn była wyraźnie zdezorientowana.
- To chyba dobrze, prawda?
Pokiwałam głową.
Nagle w jej oczach zapłonęły iskierki zrozumienia.
- Jeśli nie chodzi o pracę, rodziców ani Adriana to zostaje tylko… - urwała. – Mocno mam go sprać? – zapytała po chwili, a moje usta już całkowicie wygięły się w uśmiechu.
- To moja wina, nie jego – przyznałam cicho.
- To nie ma znaczenia. Skoro ty płaczesz, to znaczy, że to jego wina. – oznajmiła, bojowo układając ręce niczym rasowy bokser.
Wstała, wpatrzona w niewidzialny punkt na ścianie.
- Ty mały złamasie. Najpierw rozkwaszę ci nos, a potem zabiorę się do wyrywania ci włosów. Następnie wyleję na ciebie miskę z błotnistą breją, brudząc ten twój wymuskany garniturek.
Zamachnęła się przy tym groźnie pięścią, a ja przez chwilę zastanawiałam się czy to rzeczywiście Chris, czy raczej ona ćwiczyła kiedyś boks.
Solenn jeszcze przez chwilę obrzucała złowrogim spojrzeniem cały pokój, aby ostatecznie z powrotem opaść na kanapę.
- Powiesz mi o co chodzi?
Użyła tego swojego tonu, którym zawsze zwracała się do mnie, gdy chciała czegoś się dowiedzieć.
Przez chwilę się wahałam.
- Po prostu małe nieporozumienie, a on… wyszedł.
- Co za kretyn! Powinien mocno cię przytulić, a nie wychodzić! Mówiłam ci, żebyś znalazła sobie takiego Chrisa.
Zaśmiałam się.
- Solenn, ty trafiłaś na jedyny taki egzemplarz. Obawiam się, że dla mnie nie ma drugiego Chrisa.
Blondynka machnęła lekceważąco dłonią.
- Na razie tak mówisz, a potem zobaczysz, że jednak jest.
Powoli pokręciłam głową.
- Najgorsze jest to, że mi naprawdę zależy.
Solenn wybałuszyła oczy.
- No, no… To poważna sprawa. – zamyśliła się. – Wiesz, powiem ci jedno, jeśli uważasz, że warto walcz o niego. Może i uważam go za kretyna, ale ja każdego faceta poza Chrisem mierzę tą samą miarką, więc jeśli to tylko nieporozumienie, to do diabła, wyjaśnijcie sobie co trzeba. Wyłóż mu wszystko jakby był niepełnosprawny umysłowo. To inteligentny facet i jeśli cię szanuje, to wszystko, powtarzam wszystko zrozumie. Tylko musisz jasno postawić całą sytuację.
Spojrzałam na nią niedowierzająco.
- Czyli co powinnam teraz zrobić?
Wzruszyła ramionami.
- Na pewno nie płakać.
Wstała.
- Odpocznij od niego na razie. Daj wam obojgu czas na ochłonięcie. Jutro, jeśli się nie odezwie, ty zrób pierwszy krok. W końcu mamy równouprawnienie i raz na jakiś czas możesz być pierwsza. Byle nie za często. – dorzuciła po chwili.
Sięgnęła po swoje torby z zakupami.
- To jak, mam ci się pokazać w moim cudeńku?
Ochoczo skinęłam głową.
Solenn poszła się przebrać, a ja poprawiłam poduszki na kanapie, wygrzebując Freda, na którym nieopatrznie usiadłam.
- Przepraszam, Freddy. – mruknęłam do niego, sadzając go na poręczy krzesła.
Poprawiłam swoje włosy i usiadłam, wygodnie opierając się o poduszki.
Solenn miała rację. Powinnam pozwolić i sobie, i jemu ochłonąć. On też nie postąpił w porządku i na pewno sam dojdzie do takiego wniosku prędzej czy później. Jutro, jeśli sam nie da znaku życia, zadzwonię do niego albo nawet pojadę do jego mieszkania i postaram się wszystko wyłożyć jak dziecku. Do tego czasu on sam z resztą na pewno nieco odpuści i nie będę musiała już specjalnie się tłumaczyć.
Jak ja uwielbiałam Solenn. Za dzisiaj byłam jej winna wspólny wypad na zakupy i chociaż tego nie cierpię, mogę z nią łazić całe popołudnie, jeśli tylko to sprawi, że będzie szczęśliwa. Gdyby nie ona dalej siedziałabym, smarkając nosa we Freda i użalając się nad samą sobą. A tutaj wystarczyło, że ona wpadła, rzuciła kilka obiektywnych uwag i wszystko wróciło do normy. Jeśli istnieje ktoś, tam na górze i to on tego czerwcowego dnia postawił na mojej drodze Chrisa i tym samym także Solenn, jemu również jestem wiele winna. Może nie odpłacę się wspólnymi zakupami, ale mogłabym wymyślić coś innego.
- Uwaga, uwaga! – dobiegł mnie głos Solenn. – Panie i panowie! Oto przed wami sama Solenn Chevelieur, ikona stylu, najbardziej wzięta modelka świata, za którą szaleją wszyscy mężczyźni bez wyjątku, zaprezentuje perełkę z kolekcji Pour Chris!
Niewiele brakowało, a spadłabym z sofy.
Kiedy Solenn stanęła w drzwiach, a potem zaczęła dumnie kroczyć przez pokój, robiąc głupie miny, już w ogóle nie mogłam się powstrzymać i śmiałam się jak głupia.
Solenn jednak nic sobie z tego nie robiła.
Przeszła jeszcze kawałek, w końcu stanęła i nachyliła się w moją stronę, przesyłając mi całusa. Potem obróciła się, wykonując całą serię piruetów. W końcu, gdy jej się to znudziło znowu przystanęła, przyjmując kilka różnych pozycji, co chwila machając do wyimaginowanego tłumu.
- Nie słońce, nie umówię się z tobą, mam chłopaka. – skierowała swoje oburzone spojrzenie na Freda.
Na nowo wybuchnęłam śmiechem.
- I jak się pani podoba, moja kreacja?
Solenn w końcu stanęła przede mną, słodko się uśmiechając.
- Wygląda pani obłędnie. – stwierdziłam.
I była to prawda. Ten wychwalony pod niebiosa ciuch Solenn naprawdę mi się podobał. Nie był to może żaden zaskakujący krój czy fason jak na bluzkę, ale jednocześnie zdawała się być bardzo uniwersalna, bo choć wyglądała na zwykła, codzienną bluzkę, to założona do eleganckiej spódnicy stawała się prawie że idealnym dopełnieniem stroju wieczorowego. No i miała dość odważny dekolt, a Solenn zawsze świetnie prezentowała się w tego typu ubraniach.
- Powinna pani pomyśleć o zostaniu zawodową modelką, ośmielam się zauważyć.
Tym razem to Solenn zaczęła chichotać.
- Obawiam się, że gdyby Chris to usłyszał, szybko wybiłby mi to z głowy, a na ciebie się obraził.
- Co takiego miałbym usłyszeć? –odezwał się wesoły męski głos z przedpokoju.
Solenn rozdziawiła szeroko usta.
- Cholera, nie słyszałam jak wszedł. – pisnęła, chwilę miotając się w miejscu. Po chwili jednak się opamiętała i zerwała się szybko mknąc do swojego pokoju. Akurat, gdy drzwi się za nią zatrzasnęły, do salonu wkroczył Chris.
- Cześć, Lena. – przywitał się, marszcząc brwi. – Gdzie jest ta moja wariatka? Powinienem się bać jej kolejnych pomysłów?
- Nie martw się, wszystko mam pod kontrolą. – zapewniłam go.
Spojrzał na mnie zaniepokojony.
- Wszystko w porządku?
Udałam zdziwienie.
- Pewnie. Czemu pytasz?
- Wyglądasz trochę… niewyraźnie.
Machnęłam lekceważąco dłonią.
- Nie mogłam dzisiaj spać. – Akurat to była prawda.
Chris przysunął sobie fotel, zapadając się w niego z westchnieniem ulgi.
- Komu dzisiaj tworzyłeś dom marzeń? – zagadnęłam życzliwie, chcąc go odciągnąć od tematu Solenn i mojego samopoczucia.
Od razu się ożywił.
- Taki jeden facet zaproponował mi dzisiaj stworzenie projektu prywatnej kliniki za miastem. To by było coś! Duże wyzwanie. I facet szasta kasą, a to zawsze coś obiecującego na początek.
- Tu super! – klasnęłam w dłonie z radości. Tak bardzo cieszyłam się, że Chrisowi wszystko  dobrze układa się w pracy i przede wszystkim, że może realizować się w tym co tak bardzo kocha.
Chris uśmiechnął się do mnie. Wiedział, że szczerze się z tego cieszę i był z tego powodu na swój sposób wdzięczny.
- Czy na pewno Solenn niczego nie zmajstrowała? – zapytał po chwili podejrzliwie spoglądając na drzwi ich wspólnej sypialni.
- Na pewno, Chris. Nie masz się czym martwić – zapewniłam go pospiesznie.
Chyba trochę się uspokoił. Zresztą już po chwili Solenn pojawiła się z powrotem w pokoju.
Podeszła do Chrisa, nieco zaborczo go całując i w międzyczasie mrucząc powitanie.
Ten odpowiedział jej tym samym i poczułam się tam trochę jak intruz.
Złapałam więc Freda i po cichu ruszyłam w stronę własnego pokoju.
- Lena, dokąd idziesz? – zatrzymał mnie pełen wyrzutu głos Chrisa.
- Właśnie – poparła go Solenn. – Zaraz odgrzewam makaron, więc będzie ciepłe jedzenie. – uśmiechnęła się znacząco. Jej spojrzenie mówiło coś zgoła innego – wiem, że pójdziesz i będziesz się zadręczać, a ja na to nie pozwolę, po moim trupie!
Zrezygnowana, poddałam się ich prośbom.
Zasiadłam w kuchni razem z Chrisem, a Solenn krzątała się, przygotowując obiad.
Chris zaczął opowiadać o jednym ze swoich ostatnich klientów i jego manii do opowiadania kawałów każdemu, kto się natknął. Nie omieszkał oczywiście przytoczyć kilku przykładów, w czego rezultacie mięsnie brzucha straszliwie zaczęły mnie boleć, a Solenn trzy razy upuszczała łyżkę, nie mogąc przestać chichotać. W końcu pod wpływem naszych ganiących spojrzeń, Chris porzucił temat, tym razem opowiadając mi jak to kiedyś próbował przygotować własnoręcznie kolację dla siebie i Solenn, w czego rezultacie omal nie spalił całego domu. I znowu ja i Solenn śmiałyśmy się jak głupie. Na koniec Chris zaczął jeszcze mówić mi trochę o Montpellier, a ja słuchałam z zaciekawieniem. Musiał niestety przerwać gdzieś w połowie tego, co zamierzał mi dzisiaj wyjawić, bo Solenn tryumfalnie postawiła między nami garnek z makaronem i zaczęło się jedzenie.
Dopiero wtedy poczułam jak bardzo głodna byłam. Przez ten cały zagmatwany dzień zapomniałam zjeść jak należy. I tutaj znowu – co ja bym zrobiła bez Solenn?
- Pyszne! – Oblizałam widelec, a Solenn teatralnie się skrzywiła. Zepsuła jednak cały efekt, bo jednocześnie mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
- Wciąż jej powtarzam, że powinna otworzyć restaurację. – skwitował Chris.
Restauracja. To słowo przywodziło mi na myśl jedno, a dokładniej pewną osobę. Szybko przełknęłam kolejną porcję makaronu. Nie, nie powinnam o tym myśleć. Wszystko się wyjaśni, a ja nie mogę się zamartwiać. Nie teraz, kiedy Solenn i Chris są w tak dobrych humorach i gdy starają się, żebym wciąż się uśmiechała.
- Pewnie, że powinna. Tylko mam nadzieję, że mogłabym liczyć na jakieś zniżki dla przyjaciół. – zrobiłam niewinną minę.
Solenn prychnęła.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś strasznie interesowna.
Wszyscy się zaśmialiśmy.
Resztę wieczoru spędziliśmy na wspólnym przekomarzaniu.
Dopiero chwilę przed dwunastą Chris stwierdził, że pora iść spać, bo jutro czeka nas ciężki dzień ludzi pracy.
Solenn i Chris zniknęli u siebie, a ja powoli podążyłam do salonu.
Znowu, z lekkim opóźnieniem dotarło do mnie jak bardzo marzył mi się sen.

Nie zdążyłam nawet porządnie wtulić się w poduszkę i już spałam.